Przejdź do głównej zawartości

#23 Jak radzić sobie z nawałem pomysłów?

Odpowiedź zawrę już we wstępie, bo wystarczy jedno słowo: odpuścić.


No co tam, jak tam? Dawno się nie odzywałem. Ostatnie tygodnie spędzam dość monotonnie i głównie w izolacji, która niewiele się różni od mojej poprzedniej codzienności. Wspomniana izolacja nie oznacza choroby, a większe skupienie się na pracy i wyzwaniach. Główne zajęcia to regularne oglądanie 1 z 10 na prędkości x2, pierwsze filmy na nowym anglojęzycznym kanale YT, i oczywiście karmienie Suchariady kolejnymi rozdziałami (pod warunkiem, że jestem w danej chwili wolny od płatnych scenopisarskich zobowiązań, ale częściej jestem niż nie). A wszystko podlane intensywnymi treningami biegowymi i piłkarskimi gierkami.

Oczywiście na blogu martwa cisza. Jakoś lubię sobie wyobrażać, że stać mnie na kolejne krótkie wpisy przynajmniej 2x w miesiącu, nawet gdy to nieprawda. Ale tak działają pomysły na teksty, które zamiast się przymilać, wolą mnie nawiedzać i dopytywać się: kiedy rozpiszesz tę historię? Przestaniesz wreszcie wymigiwać się zmęczeniem? A mój mózg nie potrafi ich wyrzucać i im odmawiać, bo nic nie powinno się marnować. Tym bardziej, gdy pomysły są w porządku i nie zasługują na bezdomność.

Na początku lutego trafiłem do Zakopanego z przyjaciółmi. Wynajęliśmy apartament dosłownie przy Krupówkach, więc siłą rzeczy spędzaliśmy tam sporo czasu. Fascynująco było wychodzić na balkon i widać zupełnie pustą ulicę o wschodzie słońca, jeszcze przed przyjazdem zaopatrzenia. Jeszcze ciekawiej było rozeznać się, kto jest stałym punktem Krupówek (szczęśliwie jakoś omijaliśmy niesławnego, pożółkłego misia). Miedziowy pan udający robota, dwóch freestylowców prezentujących piłkarskie triki, romski band, flecistka, nocny facet z gitarą przyciągający podpitych młodych dorosłych, by zaintonować Zawsze tam gdzie ty na dwadzieścia głosów, gdy chcieliśmy już spać. Tyle pamiętam, ale ktoś jeszcze zaszył się z tyłu głowy, tyle że nie mogę sięgnąć po wspomnienie tej osoby.



Choćby sam Miedziowy Pan mógłby zostać bohaterem osobnego wpisu. Niezależnie od pogody facet stał przez dwanaście godzin, czekając głównie na rodziny z małymi dzieciakami, które wrzucały mu monety, a on się poruszał i zachęcał gestami do zrobienia sobie zdjęcia. Skąd się tam znalazł? Jak wymyślił ten pomysł na biznes? Czy robił to, bo miał finansowy nóż na gardle?

Mógłbym napisać coś o bruku Krupówek, w który codziennie tupią dziesiątki tysięcy par butów, setki opon i zapewne kilka par stóp. Ulica ma swoje fazy, swoje ulubione godziny, przypływy i odpływy, powietrze i jego brak. Swoje pułapki na turystów, ale i skarby, które warto odszukać.

A przecież do Zakopanego dotarłem ze Szczawnicy, udając się na najtrudniejszy w moim życiu bieg: górski, na dystansie 32 km. Tu też znalazłoby się miejsce na oddzielny wpis, ale uznałem, że post na Instagramie z opisem wystarczy. Tym bardziej, że w tej biegowej beczce miodu znalazło się kilka łyżek dziegciu.



Albo taki protest dotyczący tantiem dla filmowców. Protest niewielki w skali kraju, ale znaczący w naszym półświatku. Protest, na który zdecydowałem się wybrać mimo niepewnego zdrowia i podpisać list-sprzeciw wysłany do ministra kultury. Gest o znaczeniu tylko i aż symbolicznym. Coś się we mnie wtedy obudziło, znalazła się pewność w poczuciu przynależności do ważnej dla mnie grupy. W bonusie szedłem po schodach tuż za Agnieszką Smoczyńską, jakbym przez kilkanaście sekund był jej ochroniarzem. Niby nic, a jakoś miło.


Coś by się jeszcze na pewno znalazło, ale gdybym chciał rozpisać tylko te cztery wątki z ostatnich tygodni, musiałbym oderwać się na tydzień od innych zobowiązań. Jest to proste, kuszące, ale złudne. Zabawa słowem to w tym momencie - tylko i aż - zabawa. No chyba że mowa o Suchariadzie, tam liczę na coś więcej. W końcu traktuję to jako pracę.

Szczególnej puenty nie będzie. Dzisiejszy wpis to kompromis. W jednej skrajności, czy też narożniku ringu: poszukiwanie głębin w minionych wydarzeniach i filozoficzny przystanek nad kondycją świata i ludzi. Częściowo ją odpuszczam, powróci kiedy indziej, w innych opowieściach i słowach. Druga skrajność, czy też przeciwległy narożnik, to wciąż trwająca konsekwentna, sumienna i systematyczna praca niebędąca przyjemnym rozmienianiem się na drobne. To codzienność, z której udało mi się wyszarpać parę godzin na te zdania. Dziwnie to brzmi, wyszarpać. Niemal cały czas spędzam samemu. Nie mam pracy na etat, nie mam dziecka, psa czy kota, za które muszę brać odpowiedzialność i poświęcać im sporo uwagi. Ale mam marzenia oraz cele. I nie widzę powodu, by traktować je inaczej.

Niebawem podsumowanie kwartału: więcej szczegółów i luzu, mniej potu i ciężkich zdań. Znajdzie się miejsce na parę ciekawych informacji. Stay tuned!

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

#3 Kawalkada - recenzja filmu Niebezpieczni dżentelmeni

Czyli o, być może, najlepszej polskiej komedii od czasów Kilera i Chłopaki nie płaczą .

#22 Nad czym teraz pracuję? + fragment powieści!

Proza, proza, proza! Stan na początek lutego 2024.

#25 Londyn

Czyli wspomnienie weekendu w stolicy Anglii (i jednocześnie wycinek z Suchariady ).