Przejdź do głównej zawartości

#22 Nad czym teraz pracuję? + fragment powieści!

Proza, proza, proza! Stan na początek lutego 2024.

Minął miesiąc od czasu podsumowania za poprzedni rok. I jak to zwykle u mnie bywa: skoro na blogu było cicho, to znak, że poza nim działo się całkiem sporo. Nie wrzuciłem również na swój kanał YouTube żadnego nowego filmu (choć jutro to się zmieni), drugi jeszcze nie został uruchomiony (choć napisałem już pełen skrypt pierwszego odcinka). Chyba nikogo więc nie zaskoczę, jeśli dam znać, że w styczniu skupiłem się na prozie, a konkretnie rozwijaniu świata Suchariady.

Obrazek niepowiązany.

Suchariada będzie niesamowitą podróżą dla czytelnika/czytelniczki, a jeśli się mylę, to przynajmniej jest taka dla mnie. Przez ostatnie kilka tygodni powieść nabrała wigoru, kształtów i sporo objętości - nakarmiłem ją prawie 60 nowymi stronami. Do orientacyjnego zakończenia pozostało jeszcze około 100 stron. Deadline wyznaczony na koniec marca będzie więc trudny, ale nie niemożliwy do wykonania. Sprawę nieco komplikuje wyjazd na górski bieg i tygodniowy wyjazd z przyjaciółmi, choć przeciwko takim "komplikacjom" nie mam nic - nomen omen? - przeciwko...

A ponieważ Suchariada jest w założeniu powieścią fragmentaryczną (choć nie w stu procentach), to można z niej wyciąć kilka osobnych historii, które będą stanowić całość same w sobie. Chciałbym się podzielić jedną z nich, abyście wiedzieli, z czym mniej więcej będziecie mieli do czynienia, jeśli w przyszłości kupicie całą książkę 😉

Będzie specyficznie i nietypowo. Ale mam nadzieję, że mimo to historia Tomasza Ondraszka przypadnie Wam do gustu!

HAJS TAPASKA

W Czechach zapewne nic by się nie wydarzyło, gdyby nie Polak czeskiego pochodzenia, Tomasz Ondraszek. Cztery lata wcześniej postanowił on wcielić w życie swoje wielkie marzenie: poprowadzić wyśmienitą restaurację, którą odwiedzający goście zapamiętają na długo. Największą jej zaletą, oprócz oczywiście obsługi, knedliczków i innych lokalnych przysmaków, miała być lokalizacja – bezpośrednio nad jeziorem Těrlicko, tuż przy drodze łączącej Ostrawę i Czeski Cieszyn. Dzięki atrakcyjnemu położeniu przyciągała ona nie tylko Czechów, ale również Polaków z Cieszyna i okolic, od czasu do czasu także Słowaków od strony Żyliny. Zdarzały się również wizyty osób z odległych stron – w pamięci Ondraszka i jego rodziny na zawsze zapisał się Paul. Nie tylko dlatego, że dotarł tu z Vanuatu, ale dlatego, że był jednym z najweselszych ludzi, jakich Tomasz Ondraszek miał okazję kiedykolwiek spotkać. Jak się okazało, Paul miał ku temu powody: wygrał na loterii wielkie pieniądze. Część odłożył na edukację wyższą dla swoich dzieci, część przeznaczył na serię obiadów dla ludzi oblepionych skrajną biedą. Za resztę wyruszył w wymarzoną kilkumiesięczną podróż po świecie, zgodnie nie tylko ze swoim pragnieniem, ale także ostatnią wolą jego zmarłej w poprzednim roku małżonki – by bawił się i korzystał z życia, ile tylko może. Paul skrupulatnie wypełniał te założenia, nieustannie obdarzając świat uśmiechem i napędzającą wszystko wokół pozytywną energią. Z satysfakcją kończył każdy dzień stęsknioną modlitwą i sprawozdaniem dla nieżyjącej żony z rzeczy, z których tego dnia Paul był wdzięczny.

Drugiego takiego gościa jak Paul prawdopodobnie Tomasz już nie spotka, ale do jego restauracji wciąż przybywali przeróżni goście z wielu krajów. Cieszył się z osiągniętego i trwającego sukcesu, bo tak należało określić spory dochód restauracji Ondraszka o dość intrygującej nazwie, jaką jest Hajs Tapaska. Zatrzymajmy się przy niej na chwilę. Wymyślając ją, Tomasz Ondraszek absolutnie nie mógł przewidzieć jej wpływu na życie nie tylko jego i jego rodziny, ale także – nie bójmy się tego przyznać – całego narodu czeskiego.

Co jednak było z nią nie tak? Pozornie nic, ale łączyła dwa języki i przez to stała się niełatwa do wytłumaczenia. Słowo „hajs” jest dla Polaków zrozumiałym kolokwializmem oznaczającym pieniądze, dla Czecha nie oznacza nic. Inaczej ma się sprawa z Tapaskiem – popularnym bohaterem opowiadań Zdenka Hradecky’ego dla dzieci i młodzieży, którego ulubionym daniem od zawsze były meksykańskie tapas. Uwielbiał je tak bardzo, że z czasem wszyscy zaczęli mówić na niego Tapasek (niewielu czytelników pamięta, że naprawdę miał na imię Jan). Gdy nieco podrósł, zainteresował się zarówno samym gotowaniem, jak i innymi kuchniami świata. W każdej podróżniczej historyjce Hradecky’ego można więc było odnaleźć przepyszne danie, od opisu którego ciekła ślinka.

Oczywiście nazwa nie przypadła wszystkim do gustu. Żona Tomasza nie bez przyczyny twierdziła, że nazwa ze względu na swoją dwujęzyczność może być odstraszająca, a sam Tapasek nie miał zbyt wiele wspólnego z pieniędzmi (mimo że Hradecky zakończył cykl opowiadań miłym sercu stwierdzeniem, że „Tapasek stał się bogatym krytykiem kulinarnym światowego formatu, którego obecność uszlachetniała każdą restaurację. I wciąż wybierał tapas, gdy tylko znajdowały się w menu”). Szwagier Ondraszka wspomniał parę razy, że pieniądze w nazwie restauracji to dość dziwna sprawa. Obawy okazały się jednak bezpodstawne: Hajs Tapaska stał się lokalną gwiazdą restauracyjną dzięki pysznemu jedzeniu i malowniczemu położeniu nad jeziorem, a to jednak rzeczy daleko ważniejsze niż nietypowa nazwa. Czesi przyjęli ją zresztą od razu (a raczej jej skróconą wersję) i gdy ktoś pytał „Jdeme do Hajsa?”, każdy w okolicy wiedział, o co chodzi.

Tak jak zostało już wspomniane, restauracja Tomasza Ondraszka odniosła spory sukces. Jego myśli zaczęły zaprzątać dwie sprawy: przyjemna i neutralna. Przyjemną rzeczą było rozważać otwarcie drugiego lokalu spod szyldu Hajsu Tapaska. Neutralną było spostrzeżenie, że wśród niemal wszystkich państw Europy, z których pochodzili dotychczasowi goście restauracji, nie było Finlandii. Ondraszkowi wydało się to dziwne, gdyż drugim największym krajem na tej króciutkiej liście była Andora (a potem Liechtenstein, San Marino i Watykan). Nawet Mołdawia i Macedonia Północna były odhaczone przed Finlandią. Finowie to co prawda odległy i nie tak bardzo ludny naród, no ale w to, że jak dotąd żaden tu nie trafił, ciężko było mimo wszystko uwierzyć.

Oczywiście Tomasz Ondraszek traktował to tylko jako poboczną ciekawostkę. Wszystko zmieniło się jednak w momencie, gdy wreszcie, po ponad trzech latach od powstania Hajsu Tapaska, trafiło do niego dwóch Finów. Przyjechali niebieskim fordem fiestą, a innego rodzaju fiesta zdominowała ich zachowanie. Śmiali się wniebogłosy od wejścia do budynku, nieco się uspokoili podczas składania zamówienia. Ściszonymi głosami wciąż się z czegoś śmiali, wciąż kiwali się do przodu i do tyłu, zasłaniali usta dłonią, zamykali oczy, powstrzymywali się z całych sił od wybuchów śmiechów. Tomasz wsłuchiwał się w brzmienie zupełnie mu nieznanego fińskiego języka i rozumiał tylko nazwę jego restauracji, która musiała im się spodobać, bo padła z ust obu Finów kilkanaście razy.

Hajs Tapaska mógł jak dotąd nie uświadczyć tak wielce rozbawionych gości, a przecież była ich już wtedy cała masa. Dopiero pyszne knedliczki powstrzymały ich na dłuższą chwilę. Porem domówili jednak po deserze oraz piwie i powrócili do szampańskiej, czasem zbyt głośnej zabawy, zwłaszcza po wypitym browarze, drugim, trzecim. Gdy wstawieni Finowie zbierali się w końcu do wyjścia, z rachunkiem przybył sam Ondraszek i spytał się o wrażenia. W odpowiedzi zebrał same pochwały na temat jedzenia i obsługi. Finowie spodziewali się „czegoś zupełnie innego” i zostali kompletnie zaskoczeni, oczywiście w pozytywnym sensie. Okazało się, że są vlogerami i spontanicznie poprosili Tomasza o króciutki wywiad do filmiku o jego restauracji. Ondraszek z przyjemnością się zgodził, zwłaszcza że mógł przed obiektywem przyznać głośno, że „Hajs Tapaska to najlepsza restauracja w szerokiej okolicy”.

Gdy pytania zostały zadane, odpowiedzi udzielone, a aparat wyłączony, Finowie ostatecznie przestali się kontrolować. Dopadły ich takie spazmy śmiechu, że jeden musiał usiąść na krześle, a drugi zaczął turlać się po podłodze aż do wyjścia. Ondraszek nie dowierzał w to, co widzi, inni goście zresztą też, którzy zgodnie odłożyli łyżki i widelce, obserwując tę dziwną scenkę. Tomasz zaczął się zastanawiać, czy przypadkiem nie wypowiedział właśnie nowego najśmieszniejszego żartu świata i przez moment obawiał się o życie fińskich gości, a nawet swoje własne.

Na szczęście nikt nie umarł, ale Ondraszek ostatecznie spytał się Finów, co sprawiło, że tak ochoczo i rubasznie się śmieją. Pierwszy z nich, siedzący na krześle, zaprzeczył tylko głową i machnął ręką, odmawiając odpowiedzi. Być może sam nie wiedział, być może była zbyt trudna do wyjaśnienia. Z drugim Finem w zasadzie nie było już kontaktu. Po paru minutach szczęśliwie uspokoili się na tyle, by się pożegnać, serdecznie podziękować za wszystko i opuścić lokal o własnych siłach.

Ty samym dwaj Finowie weszli do wewnętrznego kanonu klientów najdziwniejszych (obok m.in. zaskakująco inteligentnego gekona i Morelki) oraz jednocześnie do kanonu klientów najsympatyczniejszych (obok m.in. Paula i Misia Yogina), toteż Ondraszek wspominał ich bardzo ciepło mimo kilku zrozumiałych skarg innych przebywających wówczas gości.

Dwa dni po ich wizycie Hajs Tapaska niespodziewanie odwiedziło aż dziewięcioro Finów, a dwadzieścia cztery godziny później wizytę w restauracji Ondraszka złożył sam ambasador Finlandii w Czechach. Gdy zupełnie zaskoczony Tomasz dostał cynk tuż przed przyjazdem, szybko ubrał się w jakąś elegancką koszulę i wyszedł na parking powitać znamienitego gościa w swoich skromnych progach.

Wizyta nie trwała długo. Czarne audi z przyciemnionymi szybami zatrzymało się gdzieś na środku parkingu, kompletnie byle jak. Ambasador Finlandii wydobył się z auta, nawet nie zamknął drzwi, podszedł do witającego go serdecznie gospodarza, zdjął rękawiczkę z prawej dłoni i bez żadnego ostrzeżenia uderzył Tomasza otwartą dłonią w policzek. Uderzenie było tak mocne, że Ondraszek, mężczyzna całkiem postawny, zatoczył się i omal nie upadł na parkingowy żwir. Ambasador bez słowa powrócił do audi, zamknął drzwi, a kierowca momentalnie odjechał. Wszystko zdarzyło się tak szybko, że Tomasz Ondraszek nie miał szans doczekać się wyjaśnień, a wybuchający właśnie chaos sprawił, że nie miał czasu ich szukać.

O wydarzeniu rozpisały się wszelkie czeskie i fińskie dzienniki informacyjne. Tuż po spoliczkowaniu Ondraszka rząd fiński odwołał misję dyplomatyczną u naszych południowych sąsiadów. Następnego dnia oficjalnie wypowiedział im wojnę.

Jak powszechnie wiadomo, nowoczesne wojny polegają na czym innym niż liczebności i manewrach batalionów, flot i szwadronów, ale dawna historia wciąż odciskała w tej materii wielkie piętno. Nie inaczej było w tym przypadku. Zszokowani Czesi, nie mający przecież wielu doświadczeń bitewnych z okresu drugiej wojny światowej, i tym razem pozostali zaskakująco bierni na wrogie działania. Fińska ofensywa była za to poparta duchem walki Mannerheima, błyskawiczną jazdą na nartach podczas Wojny Zimowej oraz skrytobójczymi tendencjami czerpiącymi z życiorysu Simo Häyhy.

Wszystko potoczyło się błyskawicznie. Finowie ogłosili internetową mobilizację. Niewykupione dotąd w sklepach starsze laptopy i inne urządzenia elektroniczne zaczęły być rozdawane zgłaszającym się obywatelom. Naprawa modemów i kart sieciowych zaczęła być w całości finansowana z pieniędzy fińskiego rządu. Skrywane dotąd przed opinią publiczną światłowody trzeciej generacji zostały uruchomione w trybie wyjątkowym, co pozwoliło Finom atakować Czechów z prędkością jastrzębia. Strony o domenie .cz zalała fala fińskojęzycznych memów i artykułów. Czeska Wikipedia w całości znalazła się pod okupacją w postaci hasła Suomi. Mniejszość fińska w Czechach gromadziła się na placach miast i miasteczek, by wspólnie czytać Kalevalę. Na koncertach Ewy Farny pojawiło się fińskie disco polo, a w każdym czeskim radiu zostały rozsiane Gran Canaria i Adios Frederika. Czarnoksiężnik Darude wywołał taki sandstorm, że gdyby wydarzyło się to u nas, Piaseczno stałoby się nową stolicą Polski. Cała Praga znalazła się pod ostrzałem ulotek i złośliwych reklam fryzjerów z Turku, domów publicznych w Tampere, farm Reniferów w Rovaniemi, klubów sportowych w Kuusamo i – tak, tak, a jakże! – wszystkich restauracji z Helsinek. Kurs czeskiego bitcoina runął o 32% w ciągu niecałych czterdziestu ośmiu godzin. Hradczany zostały przejęte przez Muminki. Czechy stały się dla Finów tym, czym dla Czechów dotychczas było Brno, a dla Polaków Sosnowiec.

Czesi nic nie rozumieli z tego, co się dzieje, było im bardzo przykro, no i płakali. Europa nie mogła więc zareagować inaczej niż rekordowymi karami dziennymi dla Finlandii, groźbą natychmiastowego wyrzucenia z UE, NATO i Schengen, a władcy, prezydenci i premierzy europejskich państw wysyłali Finom w mailach karne kutasy. Parlament Europejski zdecydowanie sprzeciwił się takiemu rozwiązaniu i zażądał momentalnego zaprzestania tego typu praktyk do momentu ustanowienia oficjalnego żeńskiego odpowiednika dla karnego kutasa. Bez niego Europie poważnie groziło widmo powrotu patriarchatu, które z każdym dniem coraz śmielej machało szabelką. Sprawa znalezienia wdzięcznie brzmiącego odpowiednika okazała się zresztą tak nieoczywista i skomplikowana, że przeszła później do historii jako kryzys genitaliów.

Po kilku dniach nieprzerwanego ostrego szturmu smutni Czesi otrzymali żądania: natychmiastowo zakończyć działalność restauracji Hajs Tapaska, przekształcić dawną restaurację w Muzeum Muminków oraz wydać Ondraszka stronie fińskiej. Kompletnie nikt w Czechach nie wiedział, czym zawinił Tomasz wraz z samym zainteresowanym, ale kości zostały rzucone, a majtki zrzucone. Czesi zasmucili się jeszcze bardziej. Sam prezydent wybrał się do Ondraszka, przywdziewając żałobne szaty. Z wielkim żalem zawiadomił go, że co prawda nie wydadzą go wrogowi, ale musi udać się na przymusową emigrację i pożegnać się na zawsze z Hajsem Tapaska.

Tomasz Ondraszek był zdruzgotany, ale przyjął informację z wielką pokorą, licząc po cichu na to, że to nieprawda, że Hajs Tapaska kiedyś do niego powróci lub on powróci do niego. Wierzył z całą stanowczością, że to tylko tymczasowa niedogodność. Tym niemniej spakował manatki i przedostał się wraz z rodziną do Polski.

Dwa pierwsze żądania zostały spełnione, fakt przeprowadzki Ondraszka również usatysfakcjonował Finlandię, więc po tygodniu wojna została zakończona. Finowie odkorkowali szampany i jeszcze bardziej popadli w alkoholizm. Czechy znalazły się na skraju zbiorowej depresji, a tamtejszy rząd w desperackim odruchu zdecydował się na embargo na produkty Nokii. Europa coraz bardziej babrała się w kryzysie genitaliów.

A biedny Tomasz Ondraszek, by prędzej odnaleźć się w nowym-starym kraju, co tydzień przywdziewał szaty pokutne i wybierał się na kilkugodzinne samotne spacery. Podczas nich błagał Boga o wybaczenie, dziękował za zakończenie wojny i prosił o łaskę osobistej pokory, gdyż w chlubie swojego sukcesu zapomniał, że życie człowiecze może w każdym momencie zostać skruszone i poddane trudnej próbie niezrozumiałej bezsilności, atakującej znikąd i bez powodu.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

#3 Kawalkada - recenzja filmu Niebezpieczni dżentelmeni

Czyli o, być może, najlepszej polskiej komedii od czasów Kilera i Chłopaki nie płaczą .

#25 Londyn

Czyli wspomnienie weekendu w stolicy Anglii (i jednocześnie wycinek z Suchariady ).