Czyli wspomnienie weekendu w stolicy Anglii (i jednocześnie wycinek z Suchariady).
INTERMISJA
Londyn jest miastem na trytytki, zdolnym do tego, by udusić się i zapaść pod własnym ciężarem. Czuć na każdym kroku, że nie ma żadnego marginesu na błędy. Nad miastem unosi się kopuła z latających samolotów, Heathrow już od lat operuje na granicach przepustowości. Na którejś linii metra zawsze znajdzie się awaria i przymusowy postój. Autobusy lada moment potrącą kolejnego pieszego lub rowerzystę, który wszedł bądź wjechał pod koła. O, właśnie teraz.
Pęd, pęd, pęd – to jest duch dzisiejszego Londynu. Ten napędza się pędem, niebezpieczną prędkością. Kto myśli, że Warszawa się spieszy, nie złożył jeszcze wizyty w stolicy Anglii. Kto nie był w Londynie, żyje w slow-motion.
Turyści, w przeciwieństwie do mieszkańców, nie muszą się przejmować, że wylecą z tej szalonej karuzeli na bruk. Martwią ich za to kolejki na London Eye, choć jest jeden prosty sposób, by nie stać w nich półtorej godziny – wykupić sobie wejście premium.
London Eye to wyjątkowe miejsce: jedno z niewielu w całym mieście, które każe ci stać w miejscu i przeciwstawia się wszechobecnemu pędowi. Wagoniki kręcą się niezwykle wolno, co pozwala w pełni wchłonąć londyńskie widoki i perspektywy. A gdy już wejdziesz do środka, ciężko uciec, zmienić zdanie, przyspieszyć kroku.
Przyspieszyć kroku nieraz trzeba na chodnikach i ulicach, gdy kończy się zielone światło, gdy nadjeżdżający kierowca ma ochotę kogoś rozjechać, gdy próbuje nagabywać cię mężczyzna o podejrzanej proweniencji. Nawet mijanie masywnych grup ludzi niekiedy przypomina ruch drogowy; nie jest łatwo wskoczyć przed kogoś w pas do mijania i obejść żywą przeszkodę chodnikową.
Przejażdżki metrem też wymagają od człowieka sporej uwagi. Dojście ze stacji na odpowiedni peron nieraz potrafi zająć więcej czasu niż sama przejażdżka. Trudno tego uniknąć, gdy w jednym miejscu krzyżują się trzy linie, czasem nawet więcej, ale trzeba wziąć to pod uwagę. Tak samo jak biadę ludziom wysokim. Stephen Merchant i inni dwumetrowi pechowcy bez miejsca siedzącego skazani są na nieustanny konflikt głowy z sufitem. O staniu przy drzwiach w obniżonej ścianie wagonu nie mają nawet co marzyć. Kucanie bądź klęczenie powinny być znormalizowane społecznie jako pozycje do jazdy metrem. Tym bardziej, że ta pierwsza całkiem korzystnie wpływa na zdrowie.
Oczywiście, Londyn to wspaniałe miasto – trasa DLR (Docklands Light Rail: miks metra, kolei i tramwaju) wijąca się na wysokości drugiego piętra między wieżowcami stojącymi nad kanałami to ekscytująca uczta dla oczu. Podobnie z jazdą piętrusem na górze i zupełnie nową perspektywą autobusowego zwiedzania. Na parki i muzea nie starczy tygodnia, by zwiedzić je od A do Z i nawet nie będę podejmował prób, by je przybliżać. Z jedzeniem również nie będzie problemu, choć im bardziej odległe od lokalnego, tym lepiej. Dlatego czym prędzej kupujcie bilet lotniczy. Londyn może ulec autodestrukcji w każdej chwili.

















Komentarze
Prześlij komentarz