Czyli o, być może, najlepszej polskiej komedii od czasów Kilera i Chłopaki nie płaczą.
Reżyser Maciej Kawalski (nie, nie Kawulski – to ktoś inny) pokazał się obiecująco w nakręconym kilka lat wcześniej studenckim shorcie Atlas. Obrazie zabawnym, nieco specyficznym, ale przede wszystkim bezpretensjonalnym. Niebezpieczni dżentelmeni to wejście na wyższy poziom – zarówno realizacyjny, jak i komediowy. Niekoniecznie w odniesieniu do samego Kawalskiego, ale do części polskiego kina ostatnich lat, której głównym zadaniem jest wywoływanie u publiczności salw śmiechu. A te są w przypadku Niebezpiecznych dżentelmenów gwarantowane.
Piękną obietnicą czegoś naprawdę dobrego jest obsada wcielająca się we wspomniane wcześniej grono bohaterów. Trudno przecież o lepszy męski aktorski kwartet niż zespół Kot-Dorociński-Seweryn-Mecwaldowski. Wszyscy panowie dowożą świetne występy, pełne luzu i świeżości, które naturalnie przenoszą się na całość filmu. Analogiczne pochwały należą się odpowiadającemu za zdjęcia Pawłowi Dyllusowi, duetowi Katarzyna Sobańska-Marcel Sławiński przewodzącemu pionowi scenograficznemu i kostiumografce Emilii Czartoryskiej. Pomysłowe jazdy oraz precyzja i różnorodność ujęć ukazują ujmujące, tętniące życiem Zakopane i jego okolice w roku 1914.
Warto wspomnieć, że w filmie Kawalskiego pojawia się znacznie więcej postaci zasłużonych dla polskiej kultury i historii. Należy jednak wyraźnie podkreślić, że nie jest to film oparty na faktach i reżyser przede wszystkim urozmaica nimi świat przedstawiony. W każdym razie – jest ich całe multum! Kilka z nich to Karol Szymanowski (Grzegorz Mielczarek), Zofia Stryjeńska (Marta Ojrzyńska), Artur Rubinstein (Modest Ruciński), Maria Pawlikowska-Jasnorzewska (Anna Terpiłowska). Są także inni, których tożsamości nie chcę tutaj zdradzić, by nie psuć przyjemności z seansu. Poprzestanę więc na tym, że występ pewnego aktora wyróżnił się nawet na tle znamienitych pierwszoplanowych nazwisk.
I o ile Kawalskiemu faktycznie momentami za bardzo zależy na tym, by znaleźć miejsce na wprowadzenie do fabuły kolejnych artystów, o tyle pozostałe zarzuty nie mają tak wielkiego znaczenia. Sama akcja bardzo długo toczy się płynnie i wręcz z rzadko spotykanym w polskim kinie łagodnym wdziękiem i wyczuciem. Osobne epizody również mają swoją dynamikę oraz zaskakujące i więcej niż satysfakcjonujące rozwiązania. Niebezpieczni dżentelmeni nie powielają również krzywdzącego stereotypu – film otwiera przecież plansza z komunikatem: ta historia mogła zdarzyć się naprawdę, ale się nie zdarzyła. Przy tak postawionej sprawie, trudno uznawać ten obraz za próbę stworzenia biografii. To po prostu osadzony w XX wieku bardzo zabawny tytuł, inspirowany życiem i charakterem znanych osobistości. I najlepiej tak go właśnie traktować.



Komentarze
Prześlij komentarz