Przejdź do głównej zawartości

#3 Kawalkada - recenzja filmu Niebezpieczni dżentelmeni

Czyli o, być może, najlepszej polskiej komedii od czasów Kilera i Chłopaki nie płaczą.


Recenzja dostępna także w formie audio na moim kanale:
 

Czterech facetów budzi się po suto zakrapianej (i nie tylko) imprezie i żaden nie jest w stanie przypomnieć sobie wydarzeń poprzedniej nocy. Coś Wam to przypomina? Skojarzenie z Kac Vegas nasuwa się samo, tyle że w miejsce głodnego tygrysa mamy nieznajomego trupa, a zamiast zaginięcia kolegi bohaterom grozi aresztowanie przez galicyjskich żandarmów. Wspomnianymi facetami są znani przedstawiciele artystycznej bohemy: Tadeusz Żeleński, Witkacy, Joseph Conrad i Bronisław Malinowski. To w końcu Kac Vegas czy filmowa lekcja polskiego dla licealistów? Żadne z tych. Bardzo dobra wiadomość.




Reżyser Maciej Kawalski (nie, nie Kawulski – to ktoś inny) pokazał się obiecująco w nakręconym kilka lat wcześniej studenckim shorcie Atlas. Obrazie zabawnym, nieco specyficznym, ale przede wszystkim bezpretensjonalnym. Niebezpieczni dżentelmeni to wejście na wyższy poziom – zarówno realizacyjny, jak i komediowy. Niekoniecznie w odniesieniu do samego Kawalskiego, ale do części polskiego kina ostatnich lat, której głównym zadaniem jest wywoływanie u publiczności salw śmiechu. A te są w przypadku Niebezpiecznych dżentelmenów gwarantowane.


Piękną obietnicą czegoś naprawdę dobrego jest obsada wcielająca się we wspomniane wcześniej grono bohaterów. Trudno przecież o lepszy męski aktorski kwartet niż zespół Kot-Dorociński-Seweryn-Mecwaldowski. Wszyscy panowie dowożą świetne występy, pełne luzu i świeżości, które naturalnie przenoszą się na całość filmu. Analogiczne pochwały należą się odpowiadającemu za zdjęcia Pawłowi Dyllusowi, duetowi Katarzyna Sobańska-Marcel Sławiński przewodzącemu pionowi scenograficznemu i kostiumografce Emilii Czartoryskiej. Pomysłowe jazdy oraz precyzja i różnorodność ujęć ukazują ujmujące, tętniące życiem Zakopane i jego okolice w roku 1914.




Warto wspomnieć, że w filmie Kawalskiego pojawia się znacznie więcej postaci zasłużonych dla polskiej kultury i historii. Należy jednak wyraźnie podkreślić, że nie jest to film oparty na faktach i reżyser przede wszystkim urozmaica nimi świat przedstawiony. W każdym razie – jest ich całe multum! Kilka z nich to Karol Szymanowski (Grzegorz Mielczarek), Zofia Stryjeńska (Marta Ojrzyńska), Artur Rubinstein (Modest Ruciński), Maria Pawlikowska-Jasnorzewska (Anna Terpiłowska). Są także inni, których tożsamości nie chcę tutaj zdradzić, by nie psuć przyjemności z seansu. Poprzestanę więc na tym, że występ pewnego aktora wyróżnił się nawet na tle znamienitych pierwszoplanowych nazwisk.


Nie chcę jednak pozostać bezkrytyczny. Przy takim nagromadzeniu historycznych bohaterów, część z nich przypomina zaledwie mniej lub bardziej pasujące dekoracje (na wyrecytowany pod koniec filmu przez Pawlikowską-Jasnorzewską jej najsłynniejszy fragment poezji, cytując klasyka, ni czas to, ni miejsce). Rozwiązanie kryminalnej intrygi może być uznane za niesatysfakcjonujące, a zachowania bohaterów za uwłaczające, obraźliwe i przypominające stereotyp artystów jako odrealnionych egoistów i miłośników mocno szkodliwych używek.


I o ile Kawalskiemu faktycznie momentami za bardzo zależy na tym, by znaleźć miejsce na wprowadzenie do fabuły kolejnych artystów, o tyle pozostałe zarzuty nie mają tak wielkiego znaczenia. Sama akcja bardzo długo toczy się płynnie i wręcz z rzadko spotykanym w polskim kinie łagodnym wdziękiem i wyczuciem. Osobne epizody również mają swoją dynamikę oraz zaskakujące i więcej niż satysfakcjonujące rozwiązania. Niebezpieczni dżentelmeni nie powielają również krzywdzącego stereotypu – film otwiera przecież plansza z komunikatem: ta historia mogła zdarzyć się naprawdę, ale się nie zdarzyła. Przy tak postawionej sprawie, trudno uznawać ten obraz za próbę stworzenia biografii. To po prostu osadzony w XX wieku bardzo zabawny tytuł, inspirowany życiem i charakterem znanych osobistości. I najlepiej tak go właśnie traktować.




Odważę się nawet na całkiem śmiałą tezę: Niebezpieczni dżentelmeni to najlepsza polska komedia od czasów Kilera i Chłopaki nie płaczą. Podobieństwa między tymi filmami nie sprowadzają się tylko i wyłącznie do gatunku komedii kryminalnej; dość powiedzieć, że jedna z końcowych scen była istotnym i całkiem jawnym nawiązaniem do pewnego fragmentu Kiler-ów 2-óch. Łączy je również świetny timing scen, pomysłowość, wyważona beztroska, świetne one-linery oraz przebojowe i nieszablonowe występy aktorskie. Wszystko to uwalnia potencjał do zostania obrazem kultowym do wielokrotnego odtwarzania: na poprawę humoru, dla odpoczynku, wrzucenia na luz. W przypadku wspomnianych filmów Machulskiego i Lubaszenki tak właśnie się stało. Zobaczymy, czy Niebezpieczni dżentelmeni zostaną kiedyś postawieni na tej samej półce. Myślę, że jest na to szansa. Na tyle duża, że warto o niej wspomnieć.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

#22 Nad czym teraz pracuję? + fragment powieści!

Proza, proza, proza! Stan na początek lutego 2024.

#25 Londyn

Czyli wspomnienie weekendu w stolicy Anglii (i jednocześnie wycinek z Suchariady ).