Przejdź do głównej zawartości

#20 Osobisty Muzyczny TOP: Miejsca 10 – 1

Ostatnia część i długo wyczekiwana pierwsza dziesiątka TOPu, pełna utworów, które skradły moje serce 💗


Miejsce 10: Clint Mansell – The Night Cafe

Było już o wstępie do Harry'ego Pottera i Insygniów Śmierci (części 1), było też o początku International Assassin z serialu The Leftovers. Ale utworem, który ustawił film od samego początku i uderzył we mnie najmocniej, pozostaje The Night Cafe Clinta Mansella. Widzowie nie zdążyli jeszcze dobrze się rozsiąść, a mi już podeszły łzy do oczu.

Stworzenie tysięcy namalowanych ręcznie obrazów i zrobienie z nich Twojego Vincenta było wielkim hołdem dla van Gogha. Najważniejsze fragmenty jego historii przekazano w półtorej godziny seansu, ale cała esencja znajduje się właśnie tutaj, we wprowadzającym widza The Night Cafe. Jest tu melancholia, smutek, niesprawiedliwość, nadzieja, ambicja i wiara w to, że żyjemy po coś więcej. A wszystko zamknięte w obusiecznym pięknie świata.  


Miejsce 9: 
Max Richter – Sarajevo

Kto myślał, że konflikt bałkański był ostatnim w historii Europy, o świecie nie mówiąc, ten niestety grubo się przeliczył. Zaskakująco szybko i często przybywają nam nowe Sarajewa, przynosząc to samo cierpienie. Doskonale je czuć w wybornej kompozycji Maxa Richtera, z rozmytym, niemal śniącym wstępem i zakończeniem. To właśnie tutaj, za sprawą thereminu, płaczą anioły.


Miejsce 8: Steven Wilson – The Raven That Refused To Sing

Najpiękniejszy utwór o miłości nie jest o miłości romantycznej, a bratersko-siostrzanej. Jest to także muzyczna opowieść o niepogodzeniu się ze stratą. Możemy przywoływać wspomnienia ze zmarłymi ludźmi, ale to nie przywróci ich do życia. Możemy w takim procesie krzywdzić inne istoty. Co więcej, wydaje się to wszystko naturalne, gdyż pochodzi z bezkresnej tęsknoty. Takiej, której nikomu się nie życzy.

Steven Wilson daje czas na wsiąknięcie w opowieść i niespiesznie ją rozwija w kierunku wymarzonej, stęsknionej wizji walczącej z koszmarem. Bardzo prosta warstwa tekstowa pomaga jeszcze lepiej wsiąknąć w warstwę muzyczną, choć ta bez trudu obroniłaby się sama. The Raven That Refused To Sing to morze emocji, które poruszy najtwardsze serca, jeśli tylko otrzyma na to szansę.



Miejsce 7: Daniel Hart – Thesaurus Tuus

Jeśli wierzyć Filmwebowi, obejrzałem 1700 filmów. A Ghost Story na pewno znajduje się w TOP5. To poezja pisana kamerą, znana ze słynnej sceny jedzenia ciasta, która przez część widzów (w tym mnie) jest uwielbiana, a pozostali jej nienawidzą i przestają dalej oglądać. Od dawna mam ochotę zrobić materiał o tej scenie i prędzej czy później do tego siądę 👀

Nie jest to jednak mój ulubiony (choć wspaniały) moment filmu. Ten tytuł przysługuje sekwencji, w której duch głównego bohatera porzucił wszelką nadzieję, co jest nowym poziomem tracenia nadziei. Duch nie dowie się już, co przekazała mu ukochana w ostatnim liściku po jego śmierci. Dlatego też wałęsa się przez miejsca i czas, by znaleźć się na dachu nieukończonego budynku i rzucić się z niego w miasto przyszłości. Nic tu po nim.

Thesaurus Tuus jest niesamowitym doznaniem, uduchowieniem tego przedziwnego stanu. Muzyką katartyczną, która potrafi zmienić życie, albo wręcz je przeciąć. Wyobrażam sobie, że mogli podążać z nią starożytni podróżujący do Hadesu, przeprawiający się przez Styks, schodzący w głębiny Tartaru. I za nic mam fakt, że taka muzyka nie istniała dwa tysiące lat temu. Thesaurus Tuus rozciąga się na wieczność. A jeśli wieczność jest skończona, to utwór Daniela Harta pokonuje w niej kolejne okrążenia.


Miejsce 6: Porcupine Tree – Anesthetize

Gdy w fanowskich grupach Porcupine Tree i Stevena Wilsona pada pytanie o jego największe dokonanie, w dyskusji zawsze pojawia się Anesthetize. Co więcej, pojawia się ono często i gęsto. Nie ma się co dziwić - to epicka osiemnastominutowa odyseja prowadząca przez przeróżne rodzaje rocka. Zarówno instrumentalnie, jak i z głosem Wilsona.

To tutaj Richard Barbieri rozpuszcza dźwięki w klawiszach, Colin Edwin tańczy na basie, a Gavin Harrison odmierza tysiące perkusyjnych uderzeń niczym metronom. To tu znajduje się rok 2007 w pigułce, panicznie obawiający się dzieci-zombie przyklejonych do ekranów, komputerów i konsol oraz połykających tabletki jak cukierki. Anesthetize to wielki bunt przeciwko durnemu popowi i zarazem wrażliwa opowieść o ignorowanych nastolatkach spychanych na margines. Jakby w reakcji na to, sam utwór dosadnie topi smutki w mocnej muzyce, by w ostatnich kilku minutach zapłacić za to cenę i obudzić się z mentalnym kacem na brzegu morza.

Jak właściwie kończy się Anesthetize? Niejednoznacznie. Autorzy zostawiają nas z ogromnym polem do interpretacji. Gorąco zachęcam do wyrobienia sobie własnej. 


Miejsce 5: Clint Mansell – The Last Man

Przyszedł moment, w którym trudno mi cokolwiek napisać. Kompozycja Clinta Mansella z filmu Aronofsky'ego Źródło to definicja eteryczności. Początkowo stwierdziłem: eteryczności połączonej ze złym przeczuciem. Ono tu gdzieś jest, ale na równi z przeczuciem dobrym i pełnym nadziei. Bo gdy lecisz w kosmicznej pustce nie wiedząc, czy dotrzesz do celu, sam jesteś promykiem w ciemności. The Last Man był i wciąż jest momentem spokojnego olśnienia, nawet jeśli blask nie trwa wiecznie i może przepaść.



Miejsce 4: Max Richter – Tuesday

Na początku słychać wzburzone fale. Po chwili odzywa się Gillian Anderson i czyta. Czyta nie byle co, bo ostatnią, poruszającą wiadomość Virginii Woolf. W tle powoli uwalnia się muzyka: dźwięki, mimo że niezwykle wysokie, subtelnie pozostają na drugim planie przez trzy minuty. Cała reszta to płynięcie z prądem i poczuciem braku. Głos Gillian już nie powróci.

Z czasem zgasną fale i utwór stanie się przejrzysty, tak jakby na początku nocne niebo było pochmurne, a teraz odsłaniało wszystkie widoczne gwiazdy, z dala od miasta. Tuesday samo staje się falą: wznosi się i opada. Obdarza osobę słuchającą smutnym spokojem, by w połowie zacząć poruszać ją coraz głębiej. Powoli w odwiedziny przychodzą kolejne instrumenty, a kompozycja nieoczekiwanie nabiera mocy obecnej w najlepszych dziełach Maxa Richtera.

Za pierwszym razem nie doceniłem utworu. Uznałem, że trochę się wlecze. Można więc powiedzieć, że byłem skałą, która wytrzymała pierwsze uderzenie fali. Za drugim podejściem zostałem już, na moje szczęście, zabrany. Biję się więc w pierś i z gulą w gardle nadaję Tuesday całkowicie zasłużone czwarte miejsce w TOPie.



Miejsce 3: Daft Punk – Prime Time of Your Life/Brainwasher/Rollin’ & Scratchin’/Alive (Alive 2007)

W jednej z poprzednich części wspomniałem, że gdybym mógł cofnąć się w czasie, poszedłbym na koncert Led Zeppelin w 1972, by posłuchać na własne uszy dwudziestominutowej bębniarskiej solówki w Mobym Dicku. Ale gdybym mógł wybrać tylko jeden, pierwszeństwo miałby ten właśnie utwór Daft Punk. A właściwie zbiór ich utworów zmiksowanych w jedną całość - stąd nietypowa długa nazwa.

Mógłbym się rozwodzić nad technikaliami, bezbłędnymi przejściami, kolejnością i przeplataniem się poszczególnych części składowych. Ale sercem całego tego elektronicznego kolosa jest ENERGIA. Taka, która POZWALA przenieść się w czasie i poskakać wśród tłumu szczęściarzy, którzy w 2007 roku mogli doświadczyć tego arcydzieła na żywo. To mój bezkonkurencyjny nr 1 do: ćwiczeń, biegania, podróży, przełamywania zbyt długiej melancholii bądź smutku. To dziesięciominutowy zastrzyk niepohamowanej radości. To Prime Time of Your Life. Będę zabierał tę muzykę zawsze i wszędzie. I będę cieszył się życiem.

I kiedyś zrobię film z tym soundtrackiem.
#Worldwide High School Of Carpenter's Daft Justice



Miejsce 2: Max Richter – Beginning and Ending

Czuję, jak słabną mi palce podczas wpisywania Beginning and Ending do youtubowej wyszukiwarki. Bo gdy przychodzi pora na tę najbardziej poruszającą muzykę, człowiek, wkraczając w nią, pozostaje wobec niej bezradny, bezsilny i zaskakująco mały. A potem wychodzi z niej bardziej czuły, troskliwy i wyrozumiały. Tak jak (częściowo) z hartowaniem się na zimnie. Tak jak (całkowicie) z obcowaniem z najwyższą sztuką.

Wielce żałuję, że nie mogę z czystym sumieniem polecić filmu Kongres Ariego Folmana, tak jak zrobiłem to w przypadku Walca z Baszirem. Jednakże do dziś pozostaje w mojej pamięci niezwykły i niepowtarzalny moment nagłego przejścia z animacji do filmu aktorskiego, odkrywającego prawdziwą naturę przedstawionego świata przyszłości. Dla niego samego, połączonego z Beginning and Ending, warto byłoby obejrzeć Kongres nawet wtedy, gdyby wszystkie inne sceny nadawały się do śmieci.

Nie zliczę, ile razy przesłuchałem najpiękniejszej kompozycji Maxa Richtera. Najczęściej wtedy, gdy świat zawodził, okazywały się podły, ponury i okrutny. Beginning and Ending stanowi nieprzepuszczalną barierę, która chroni przed tym, by samemu nie nasiąknąć frustracją i złem. To ulga dla naszych zmagań, muzyczne katharsis oraz przywracanie poczucia godności bycia człowiekiem.



Miejsce 1: Porcupine Tree – Buying New Soul

Po 10 miesiącach od opublikowania pierwszej części TOPu 2022 z miejscami 555 - 501, nadszedł wreszcie czas na zamknięcie tego rozdziału. Szkoda, że dopiero z początkiem roku 2024, ale lepiej późno niż wcale 😉 Dziękuję nielicznym osobom, które wciąż to czytają, i witam z bardziej odległej przeszłości zagubionych podróżników, którzy jakimś cudem tu dotarli! Mogę już z czystym sumieniem napisać: pora na miejsce pierwsze.

Tych, którzy spodziewali się niespodzianki, jakiejś kapeli wcześniej nieobecnej w TOPie, muszę niestety srodze rozczarować. Porcupine Tree jest i pozostanie moim ulubionym zespołem, w TOPie obecnym najczęściej, a szczyt notowań przypada właśnie Stevenowi Wilsonowi i spółce. Nie musiało tak być, ale tak właśnie jest.

Buying New Soul. Usłyszałem to po raz pierwszy pewnego dnia w wieku 16 lat. Po prostu siedziałem w pokoju i słuchałem. Następnie zamknąłem się i puściłem sobie jeszcze 9 razy. Po dziesiątym odsłuchu wiedziałem, że puste dotąd miejsce na ulubiony utwór zostało wypełnione.

Minęło 11 lat, a Buying New Soul nie zastąpiło nic innego ani na chwilę. Nie ma w muzyce drugiego takiego intro i outro, które prowadzą na krańce świata w tak magnetyzujący sposób. Unoszą słuchacza tak, że zaczyna lewitować, a definicja przestrzeni staje się przestarzała.

Między intro i outro jest z kolei kompozycja, która może być chwilowym powrotem na ziemię, może być snem, może być proroctwem, może być też głosem ludzkości minionej, na kanwie której żyjemy w naszej kropce czasu. Może być też po prostu spacerem nad brzegiem rzeki czy morza, z do bólu pospolitym towarzystwem w postaci wiatru, chmur, ptaków i płynącej wody. Może być tym wszystkim jednocześnie. I jest.

A ponieważ również tekst Buying New Soul uderza mnie osobiście jak żaden inny, a przy tym jest wyśmienity i dorównuje poziomem całej reszcie, pozwolę sobie zakończyć TOP, przytaczając całość:

Dried up, a guitar upon my knee I should have sold out when the devil came for me Dig a hole and throw it out to sea Break the code, how happy I could be

I still wave at the dots on the shore And I still beat my head against the wall I still rage and wage my little war I'm a shade and easy to ignore White wall, I had to paint a door I always find that I've been through it before Close it up and throw away the key Break the code, how happy I could be

I still wave at the dots on the shore And I still beat my head against the wall I still rage and wage my little war I'm a shade and easy to ignore I woke up and I had a big idea To buy a new soul at the start of every year I paid up and it cost me pretty dear Here's a hymn to those that disappear.

I still wave at the dots on the shore And I still beat my head against the wall I still rage and wage my little war I'm a shade and easy to ignore



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

#3 Kawalkada - recenzja filmu Niebezpieczni dżentelmeni

Czyli o, być może, najlepszej polskiej komedii od czasów Kilera i Chłopaki nie płaczą .

#22 Nad czym teraz pracuję? + fragment powieści!

Proza, proza, proza! Stan na początek lutego 2024.

#25 Londyn

Czyli wspomnienie weekendu w stolicy Anglii (i jednocześnie wycinek z Suchariady ).