Jedenasta część muzycznego TOPu. Jest już naprawdę wysoko.
Miejsce 46: Bisz (B.O.K.) - Wilk chodnikowy
Wilk chodnikowy to pierwszy utwór, który pozostawił rysę na mojej nastoletniej absolutnej niechęci do rapu. Nigdy mnie nie ciągnęło do słuchania o blokowiskach, jaraniu oraz dobrych i złych mordach w wulgarnym wydaniu. I chociaż wciąż nie jest to mój ulubiony gatunek, to na wielką ironię zakrawa fakt, że 3 spośród 5 polskich utworów na najwyższych miejscach TOPu to właśnie rap. Gdyby TOP był wyłącznie polski, Wilk chodnikowy zająłby 2. miejsce. O liderze jeszcze napiszę niżej.
Kawałek ten poznałem za sprawą przyjaciela Adama i, jeśli mnie pamięć nie myli, pierwszy raz dał mi on Wilka do posłuchania w pociągu Łódź-Warszawa pod koniec liceum. Wstrząsnął mną od razu. Wstrząsnął faktem, że ktoś może rapować o tematach i problemach, które zajmowały mnie niemal od początku życia. Że można melorecytować nie o ziomalach, wpierdolach i jebaniu policji, tylko - zwyczajnie i zarazem niezwyczajnie - o samotności, nierozumieniu przez świat i jego niesprawiedliwościach.
Jest to też jeden z nielicznych utworów, którego tekst do dziś znam w dużej mierze na pamięć. Jest tak dobry, że najchętniej zacytowałbym tu całość. Ale ograniczę się (z wielkim trudem) do dwóch dwuwersów:
Na ścianie wisi zegar, stanął Bóg wie kiedy
Bóg niekiedy śni mi się i mówi "musisz przeżyć"
Przerwa od śmierci - życie, nie myślę jak je spędzić,
Myślę jak je spełnić, do pełni o tym wyję
Miejsce 43: Tina Turner - Goldeneye
Jestem fanem kilku bondowskich piosenek, ale o prymat walczyły dwie: Skyfall i Goldeneye. Ostatecznie Skyfall znalazło się w rankingu minimalnie niżej (miejsce 45). Wygrała nostalgia i niesamowity głos Tiny Turner.
Nostalgia, bo Goldeneye była pierwszą bondowską piosenką, na którą kiedykolwiek zwróciłem uwagę w wieku 13-14 lat. Fakt, że filmy mogą zaczynać się tak epicko, mieć odrębne parominutowe intro i być wykonane z równie wielkim oddaniem i precyzją tak jak w przypadku właściwej opowieści, było dla mnie wielkim odkryciem.
I chociaż ogólną atmosferę bardziej cenię w Skyfall, to jednak śpiew Tiny robi na mnie piorunujące wrażenie. Zdarza się to niezwykle rzadko, bo większą wagę przykładam do muzyki jako całokształtu, a nie umiejętności wokalnych. A jednak za każdym razem, gdy Tina wspina się swoim głosem na szczyt podczas kulminacji, przechodzą mnie ciarki.
Miejsce 41: Łona i Webber - Nikifor Szczeciński
Gdyby jeszcze cztery lata temu ktoś mi powiedział, że w obecnym TOPie moim ulubionym polskim utworem zostanie wybrany kawałek wykonany przez rapera, wyśmiałbym taką osobę bez chwili zastanowienia. No cóż, jest to tylko nauczka, żeby unikać mówienia nigdy i wygłaszania innych buńczucznych deklaracji.
Wilk chodnikowy wywiercił dziurę w murze moich antyrapowych przekonań, ale dopiero zainteresowanie Łoną pod koniec 2020 sprawiło, że ten mur upadł. To nie tak, że nie słyszałem o nim wcześniej - słyszałem wielokrotnie. Tyle tylko, że automatycznie utożsamiałem go z rapem ulicznym. A Łona, jeśli można tak to ująć, jest przedstawicielem rapu inteligenckiego. W dodatku jedynym w swoim rodzaju.
Nikomu tak dobrze nie klei się słowo jak temu, kogo zwą Łoną. Zwłaszcza w opowieści o Polsce i zarazem o globalnej wiosce. O tych, których omijają propsy i topsy, żyją na krawędzi, ale nie adrenaliny, tylko nie swojej winy. O sztuce nawet nie lokalnej, a niewidzialnej; o moim hymnie lecącym migiem. Elo jest wielkie, oto lider.
Miejsce 36: Alexandre Desplat - Obliviate
W pewnym sensie wszystko jest niepowtarzalne, ale zazwyczaj rezerwujemy sobie to słowo dla wyjątkowych rzeczy i momentów. Jednym z nich była filmowa premiera pierwszej części ostatniej części (hehe) sagi o Harrym Potterze pod koniec 2010 roku. Przeczytałem ostatnią książkę w okolicach pojawienia się Zakonu Feniksa w kinach i przez trzy lata wyczekiwałem na koniec ekranizacji przygód o młodocianych czarodziejach. Wreszcie się doczekałem.
Usiadłem w fotelu, odbębniłem obowiązkowe reklamy, a gdy te się skończyły, podekscytowanie i stres sięgnęły zenitu. Moje wyobrażenia i odczucia miały się za chwilę zmierzyć z superprodukcją. Wyłoniło się ciemne, pokryte rdzą logo, a w głośnikach bardzo cicho i powoli zaczął wybrzmiewać utwór Obliviate. Trójka głównych bohaterów spogląda stęsknionym i zarazem przestraszonym wzrokiem: na gazetę, na rodzinę, w niebo. Hermiona, by chronić rodziców, używa na nich zaklęcia wymazującego jej istnienie z ich umysłów. Następnie niepewnym krokiem wychodzi na ulicę w epickim ujęciu z kranu, gdy Obliviate dobiega końca.
Do dzisiaj ta początkowa sekwencja, mieszająca horror i wzruszenie, mocno mną potrząsa. I nie inaczej jest ze wspomnianym utworem, który wszystkie te emocje zawiera i zarazem przywraca. Znowu mam 14 lat, znów siedzę w kinie i słyszę te wszystkie wibracje.
Miejsce 34: Hildur Gudnadottir - Unveiled
A co by było gdyby Harry Potter skończył się źle? Co w momencie, gdy nadzieje upadają i ponosimy największą, jak dotąd, życiową porażkę? Co jeśli masa energii i wysiłku włożonego przez ostatnie lata idzie na marne? Co jeśli obserwujemy makabrę na własne oczy? Krótko mówiąc: jak żyć, gdy oplata nas tragedia?
O ile Obliviate pozostawia na koniec nadzieję i wezwanie do przygody, o tyle próżno szukać obu elementów w utworze Unveiled. Odsłania się przed nami najciemniejsza strona. Niebo nie jest już szare, a czarne jak islandzka plaża będąca na okładce. Ścieżka dźwiękowa z Jokera to Kicia Kocia przy tym, co wyprawia Hildur Gudnadottir na tym albumie, a co najcelniej brzmi właśnie w Unveiled.
Jest to kompozycja gęsta jak smoła i brudna jak sadza. Tak przytłaczająca, że aż unieruchamiająca. I tylko w ostatniej tercji ucisk nieco słabnie i pozwala na chwilę wstać i dotoczyć się: do domu, do kocyka, do baru, do ukochanej osoby. Odsłania się to, co najtrudniejsze. Dobrze jest wiedzieć, że są artyści świadomi tego, że życie bywa bezlitosne. I ten brak litości potrafią bezbłędnie przekazać w swoich dziełach.
Miejsce 32: Electric Callboy - We Got The Moves
Im dalej w las, tym ciężej w TOPie o muzykę rozrywkową, motywacyjną czy po prostu luźną. A że lubię czasem skoczyć ze skrajności w skrajność, to z Unveiled przechodzę do jednej z najbardziej szalonych rzeczy, jakie widziałem: zarówno jeśli chodzi o audio, jak i o warstwę wizualną.
Poznanie Electric Callboy (wtedy jeszcze Eskimo Callboy) zawdzięczam przyjaciółce Marcie. Z miejsca wciągnąłem go do wąskiego grona moich ukochanych zespołów. Zrealizował to, o czym zawsze skrycie marzyłem, a czego nie miałem wcześniej szansy w pełni usłyszeć. Mowa o metalu, który jest brany całkowicie nie na serio i mieszany z przeróżnymi gatunkami.
Pierwszy odsłuch We Got The Moves to moje największe muzyczne wydarzenie roku 2022 obok koncertu Porcupine Tree w katowickim Spodku. Nie przesadzę, jeśli powiem, że przez ten rok z okładem puściłem sobie ten utwór ponad 100 razy. Czego tu nie ma? Elektronika, ciężkie brzmienie, różnorodny wokal, EDM, techno, a wszystko to zmiksowane z banalnym tekstem i kiczowatym do granic możliwości teledyskiem z masą znajdziek przy kolejnych wyświetleniach.
Bycie poważnym w byciu niepoważnym - w świecie muzyki żaden zespół nie robi tego tak dobrze, jak sześciu Niemców składających się na Electric Callboy!
Miejsca 50 - 26:
50. Porcupine Tree – Fear of a Blank Planet
46. Bisz (B.O.K.) – Wilk chodnikowy
45. Adele – Skyfall
44. Leonard Cohen – It Seemed The Better Way
42. Porcupine Tree – Voyage 34 (Phase III, Astralasia Remix)
41. Łona i Webber – Nikifor Szczeciński
39. Carpenter Brut – Escape From Midwich Valley
38. The Pineapple Thief – Reaching Out
37. Apparat feat. Soap&Skin – Goodbye
36. Alexandre Desplat – Obliviate
34. Hildur Gudnadottir – Unveiled
33. Eivør – Salt
32. Electric Callboy – We Got The Moves
31. Max Richter – On the Nature of Daylight
30. Max Richter – Dona Nobis Pacem 1
29. The Pineapple Thief – In Exile
28. Porcupine Tree – Way Out of Here

Komentarze
Prześlij komentarz