Przejdź do głównej zawartości

#9 Lubię tę nierobotę

Czyli o konflikcie chęci z czasem i siłami, czyli potocznie mówiąc, życiem.




Przeczytałem ostatnio w Dwutygodniku wartościowy tekst Igora Kierkosza o sytuacji profesjonalnej krytyki filmowej w chwili obecnej (minionej? jak długo będzie obecna?). Nie mam z taką krytyką wiele wspólnego, ale dostrzegam kilka twórczych rymów: jesteśmy z tego samego rocznika, lubię swojego bloga i jestem świadom, że niemal nikt nie czyta tych słów. Igor, jako że jego wysokiej jakości artykuły publikowane są w szanowanym magazynie, może liczyć na lajki:

Ponad połowa skapnie od bliskich znajomych z czystej sympatii. Jakieś trzydzieści procent od braci polonistów, sióstr krytyczek, złączonych w humanistycznej niedoli. Reszta to kilka przypadkowych sztuk, z litości, z omskniętej ręki na myszce, z więzów rodzinnych. 

W tym wpisie, choćbym bardzo chciał, nie będzie tyle samo jakości i wnikliwości, ale nie zabraknie choćby szczerości. Ona mi wystarczy. Za napisanie dostanę wsparciowego lajka od taty po udostępnieniu tego tekstu na Facebooku. Drugiego raczej nie będzie.

Gdybym traktował bloga poważnie, pewnie bym się przejął. Ale jest tylko niezobowiązującym dodatkiem. Wszelkie inne twórcze aktywności, którymi chciałbym się zajmować i które mnie mocno rajcują, mają wyższy priorytet, bo i stawka i potencjał są zupełnie inne. Tekstami się nie dorobię (i żeby była jasność, wiedziałem to od wpisu nr 1), jeśli 4 ostatnie artykuły zostały przeczytanie 22 razy. Łącznie. Z czego 4 wyświetlenia są moje, by sprawdzić, czy wszystko w tekście na pewno jest w porządku i czy nie ma w nim żadnych chochlików z akapitami i fontem.

Co innego mój kanał na YouTubie, nad liczbami którego można się na chwilę pochylić. Trwa seria 6 materiałów z rzędu, które sprawnie przekroczyły pułap 100 wyświetleń (minutowy short In Outside, 4x Ukryte Perły Kina i recenzja Chleba i soli). Na początku roku kanał miał 40 subskrypcji, by w chwili pisania mieć 164, a pewnie z czasem będzie więcej. Nie byłoby jednak o czym pisać, gdyby nie Ukryte Perły Kina: Prawo i pięść. Ten materiał wystrzelił i dzień w dzień robi absurdalną robotę, obejrzano go ponad 30 000 razy. Dla porównania, następna w kolejce jest recenzja Niebezpiecznych dżentelmenów z i tak imponującymi 900 wyświetleniami.

Najkrócej mówiąc: kanał YT pozwala mi docierać do ludzi, daje mi najwięcej zabawy i wolności, daje szansę bym w przyszłości mógł dzięki niemu zarobić parę groszy; generalnie, wykazuje oznaki potencjału. Ta stronka z luźnymi tekstami i fikołkami słownymi takich możliwości nie daje. Jednakże niezmiennie mam ochotę dzielić się przemyśleniami i listami ulubionych/polecanych rzeczy związanych z kulturą, więc będzie on zmierzać w tę stronę. Taki półpamiętnik. Miejsce, w którym mogę się rozpisać na interesujące mnie sprawy, nie musząc płacić Muskowi 8$ miesięcznie za Niebieski Znaczek Twittera.

Czas i siły są ograniczone bardziej niż marzenia i dumanie o możliwościach. Pod koniec marca dostałem pierwszą prawdziwą pracę w branży filmowej jako zleceniowy scenarzysta (łuhu! jee!). Połączenie tego z inną pracą na pół etatu potrafi dać w kość i są takie dni, kiedy nie mam szans na dłubanie w swoich projektach. Nawet o muzycznym TOPie nie udało mi się pisać cyklicznie, mimo że cała lista jest przecież gotowa i wystarczy ctrl+c & ctrl+v i do tego parę słów od siebie. No, nie do końca. Dodanie 50 linków bywa czasochłonne, a napisanie anegdotek też swoje dokłada. Dotarcie do pozycji nr 1 zajmie mi dużo więcej czasu niż myślałem.

Regularna, cotygodniowa publikacja wpisów zwyczajnie odpada. Tym bardziej, że zależy mi na słowach, które mają szansę zestarzeć się jak wino, a nie jak mleko. Raz jeszcze przytoczę cytat z artykułu Igora:

Po tygodniu tekst nie ostanie się już na żadnej z waszych tablic, po dwóch tygodniach zniknie ze strony głównej czasopisma. Jeszcze tylko prześlę rodzicom link SMS-em. „To ta redakcja, co mówiłeś? Super!” I tyle.
Jak na ironię, jest to akurat artykuł, który rozszedł się szerokim echem, warto zapisać go w zakładkach i czasem do niego wracać. I ja też wolałbym, aby ktoś z przyszłości wciąż mógł być zainteresowany umieszczonymi w danym tekście zdaniami. Nawet jeśli oznacza to pisanie rwane, szarpane, niespodziewane.

Nie mam zamiaru promować swoich wpisów, co najwyżej informować te kilka osób, które mocno trzymają za mnie kciuki i dla których mam do powiedzenia coś ciekawego. Co więcej, podoba mi się idea trzymania bloga w pewnego rodzaju ukryciu-nieukryciu. Niech stanowi miejsce, w którym każdy czytelnik jest mile widziany, ale musi mieć w sobie coś z internetowego surfera. Dotarcie tutaj, jeśli akurat nie jesteś moim bliskim znajomym, będzie wymagało kilku kliknięć, trochę samozaparcia, może nawet szczęścia.

Dostrzegam, że powyższe akapity zawierają spory pierwiastek chaosu i pewnego rodzaju powtórzenia z pierwszym wpisem - tyle, że w ciągu tych 3-4 miesięcy parę rzeczy zdążyło się zmienić. Niech chociaż konkluzja będzie prosta jak prosta: będę pisać gdy nadarzy się okazja, choć pewnie nie będzie ich zbyt wielu. Ale za każdym razem usiądę do nowego wpisu z przyjemnością, choćby przerwa miała trwać kilka miesięcy.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

#3 Kawalkada - recenzja filmu Niebezpieczni dżentelmeni

Czyli o, być może, najlepszej polskiej komedii od czasów Kilera i Chłopaki nie płaczą .

#22 Nad czym teraz pracuję? + fragment powieści!

Proza, proza, proza! Stan na początek lutego 2024.

#25 Londyn

Czyli wspomnienie weekendu w stolicy Anglii (i jednocześnie wycinek z Suchariady ).