Przejdź do głównej zawartości

#5 Joy Page

Czyli refleksja o artystce, która nie zrobiła kariery, a która być może tego właśnie pragnęła.

Chciałbym dodawać tu teksty regularnie i w miarę często. Bywają jednak okresy, tak jak teraz, kiedy jestem przytłoczony życiem i nie daję rady napisać czegoś nowego. W takiej sytuacji szukam pomocy w... Szufladzie.

Przez ostatnich parę lat niezobowiązująco napisałem kilka luźnych tekstów, z którymi nie bardzo miałem co zrobić. Ale między innymi po to założyłem bloga, by móc je tu teraz umieścić, co dziś czynię z jednym z nich. Będzie to krótki felieton o Joy Page  jej nazwisko pewnie nic Wam nie mówi, nawet pomimo tego, że grała ona w Casablance, jednym z najbardziej szanowanych filmów świata.

Zainspirowany seansem Casablanki napisałem ten tekst w lutym 2021 roku. Zapraszam.

Joy Page

Określenie Ilsy Lund jako najpiękniejszej kobiety na świecie jeden z bohaterów filmu uznaje za niedopowodzenie. A mi się od razu zdało, że to odrobinę przeszacowana opinia. Oczywiście, rozświetlona twarz Ingrid Bergman zapisana na celuloidzie Casablanki prezentuje się olśniewająco. A jednak przyćmiła ją twarz Joy Page.

Joy Page pojawia się w drugiej połowie filmu. Gra uwięzioną w mieście Bułgarkę, i choć w ogóle na Bułgarkę nie wygląda, warto przymknąć na to oko. Natomiast gdy jej niewinne, błagalne i zarazem przepełnione nadzieją spojrzenie zostaje skierowane w stronę Ricka – o, wtedy należy mieć swe oczy szeroko otwarte. Nastoletnia jeszcze Joy Page zapisana na celuloidzie Casablanki przyćmiewa Bergman swoją urodą, swoją szykowną twarzą i ubiorem, a przede wszystkim rozświetlonymi, niewinnymi oczami, doskonale odkrywającymi prawie paniczny strach przed decyzją nienależąca do niej; przed odpowiedzią na pytanie, czy zwyciężą jej obawy, czy nadzieja. Aż dziw bierze, że nie otworzyło jej to drzwi do kariery (nie ukrywajmy, jak ważnym czynnikiem stanowiącym o sukcesie ówczesnych gwiazd filmowych była ich estetyczna prezencja).

Jak zwykle w takich momentach pytam się siebie, czy to może znowu jakieś moje spaczenie estetyki, idea piękna, której albo nikt inny nie dostrzega, albo wszyscy przyjmują od dawna za nudny i nierewelacyjny pewnik aksjomatyczny, rzecz standardową i pewną jak podatki lub zejście Robbena na lewą nogę, tylko ja jeszcze o tym nie wiem i krzyczę w swym pustym pokoju „Eureka!”, podczas gdy greka nie jest międzynarodowym językiem już jakiś czas?

Mi nawet śmierć wydaje mi się mniej pewna. Bo czy śmierć w pełni dotyka takiego, dajmy na to, Humphreya Bogarta? Bezpośrednio po seansie Casablanki myślę o Bogarcie tak, jakby wciąż żył. Myślę też o Konradzie Veidt (Veidcie? Veidtcie? Chyba Veidcie, należałoby być konsekwentnym), którego nie rozpoznałem bez ostrego makijażu i szalonego ekspresjonistycznego spojrzenia; myślę o Bergman, która w Jesiennej Sonacie wspięła się na aktorski parnas godny największych mistrzyń i mistrzów; myślę o aktorze grającym przemytnika i kostiumograf(k)ach, którzy wykonali wspaniałą robotę z jego lśniąco-białym luźnym strojem i tunezyjską czapką (nazywaną fezem – wcześniej wygooglowałem, na później zapamiętam); myślę o wzajemnych ciętych ripostach Louisa i Ricka, o zakończeniu, o ikonicznych cytatach, a i tak za rok będę pamiętał przede wszystkim o Joy Page.

Tak jak wspomniałem, Page nie doczekała się kariery. Być może nie miała dość talentu, być może nie miała ochoty, być może coś lub ktoś ją od tej kariery odgrodził, przecież w latach czterdziestych wystarczyło być kobietą, by życie z marszu wskoczyło na średniozaawansowany poziom trudności. Ale gdyby postawić ją na chwilę w miejscu Bergman i skupić się tylko na zewnętrznej aparycji filmowej gwiazdy, jestem przekonany (znów: może to moje spaczenie estetyki...), że mówiono by o jej urodzie równie wiele. Zachwycano by się, że taka młoda, a taka piękna! Cały świat stoi przed nią otworem, choć jednocześnie zamyka się on w płciowych nierównościach, w wojnie i w straszliwych zbrodniach, o których z naszej perspektywy ciężko zapomnieć, choć minęło od nich z grubsza 80 lat.

Chcę wierzyć, że Joy Page miała talent i że to ona decydowała o oszczędnej filmografii, a nie odwrotnie. Jednak wiara to wiara, a trzeźwy umysł każe mi myśleć, że jest to chęć mało osadzona w rzeczywistości. Być może mówię właśnie o osobie, której aktorstwo było największym marzeniem i celem w życiu – marzeniem, które nie zostało spełnione? Czy mówię o osobie przegranej w sposób najbardziej bolesny? Bo gdyby nie otrzymać szansy w spełnieniu marzenia, gdyby okoliczności lub inni ludzie bezwzględnie tego marzenia pozbawili, to jest to niewątpliwie wielka tragedia. Ale chyba jeszcze większą jest zaznanie pewnego sukcesu, liźnięcie go, gdy już jest w zasięgu wzroku, gdy z oceanicznego horyzontu wyłania się brzeg lądu, gdy niemal można wyciągnąć po niego rękę. A potem ten sukces, gdy już dał się poznać z daleka, uśmiecha się z bliska kwaśno, szyderczo, i niczym miraż czmycha bezpowrotnie za horyzont. I mimo kolejnych poszukiwań i starań, sukces ten znika na zawsze, a człowiek przegrywa, choć coraz bardziej desperacka nadzieja nigdy nie pozwoli mu się z tym pogodzić. Dlatego przegrywa.

Ostatnia rola Joy Page datowana jest na rok 1959, gdy miała 35 lat. Zmarła w 2008 roku. Chcę wierzyć, że Joy Page miała talent i że to ona decydowała o zakończeniu filmowej kariery. Ingrid Bergman zasługuje na aktorski panteon; Joy zasługuje na ten drobny felieton.


Joy Page w filmie Casablanka. Źródło: iMDB.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

#3 Kawalkada - recenzja filmu Niebezpieczni dżentelmeni

Czyli o, być może, najlepszej polskiej komedii od czasów Kilera i Chłopaki nie płaczą .

#22 Nad czym teraz pracuję? + fragment powieści!

Proza, proza, proza! Stan na początek lutego 2024.

#25 Londyn

Czyli wspomnienie weekendu w stolicy Anglii (i jednocześnie wycinek z Suchariady ).