Czyli o kandydacie na najlepszy film 2023 roku.
Recenzja dostępna także w formie audio na moim kanale:
Trudno czasem o obiektywizm. Przyznam się więc bez bicia na starcie: Damian Kocur swoim Chlebem i solą przywitał moje czułe punkty. Odpowiada za to wszystko po trochu: świat przedstawiony, metoda pracy, obecność autorskiego sznytu, wielowarstwowość. Ale lepiej nie zaczynać od końca.
![]() |
| Plakat artystyczny do filmu Chleb i sól. Autor: Plakiat (Maks Bereski) |
Pojęcie filmowego debiutu, technicznie prawdziwe, potrafi być zarazem mylne lub wręcz krzywdzące. Może błędnie sugerować, że reżyserem jest człowiek nieopierzony i nieobeznany ze stanowiskiem, podczas gdy prawie zawsze ma on na koncie przynajmniej jeden krótki metraż. Damian Kocur ma ich sporo i w gruncie rzeczy już przed premierą Chleba i soli powinien być określany mianem doświadczonego filmowca. Wykorzystanie naturszczyków w 1410, wyśmienitej komedii absurdu, sprawdziło się świetnie – ale jakie efekty da to w dramacie?
Tymek, student akademii muzycznej, wraca na wakacje do małego rodzinnego miasteczka. Życie toczy się tam swoim tempem i sprawami. Odrzucony przez akademię brat bohatera, Jacek, zaniedbuje pianistyczne ćwiczenia na rzecz towarzyskich spotkań z kumplami i dziewczyną. Ekipa z blokowiska w powtarzalny sposób przesiaduje na osiedlu i w jego pobliżu. Niemal nieobecna pracująca matka, dawna miłość Tymka i dwunastolatkowie proszący o szluga dopełniają obrazu lata na betonowych peryferiach.
Chleb i sól należy do grona filmów, których opis zupełnie nie oddaje im sprawiedliwości. Obraz ten sięga niezwykle głęboko w docieraniu do prawdy – do tego stopnia, że jest jej bliższy niż niejeden dokument. Karkołomnym zadaniem jest choćby przytaczanie kwestii poszczególnych bohaterów; czasem wpadają oni w słowotok, nie zawsze dbają o dykcję, zdarza im się mówić bardzo cicho. Nie jak aktorzy. Jak ludzie.
![]() |
| Plakat oficjalny. |
Największą siłą Kocura jest połączenie dwóch pozornie przeciwstawnych wartości: dyscypliny i wolności. Szkielet fabuły jest nakreślony twardą reżyserską ręką, ale w jego obrębie odtwórcy ról otrzymują pełną swobodę i zaufanie. Nie chodzi o – jak to zgrabnie ujął sam twórca – fotografowanie słowa. Kieruje swoją uwagę i zainteresowanie nie na dialogi na papierze, mające wywoływać emocje, a raczej bezpośrednio na same emocje. Omija tym samym teatralny filtr, obecny w powszechnej twórczości tak często, że wspominanie o nim potrafi wywołać nerwowość i niepokój.
To tylko wzmaga jedną z centralnych materii filmu: strach. Konfliktem, który wyłania się najczęściej, jest napięcie między lokalną młodzieżą a imigrantami prowadzącymi lokal z kebabem. Pozornie nic szczególnego się nie dzieje: ot, czasem ktoś rzuci chamskie stereotypowe docinki w stronę obcokrajowców. Nawet nie po to, by obrazić; raczej, by zaimponować swojej paczce. Można na to przymknąć oko, ale nie można trzymać go zamkniętego zbyt długo.
Dzieje się tu jednak dużo więcej, a Tymek, mimo empatii wobec pokrzywdzonych, nie jest świętym wśród upadłych. Nie dołącza do osiedlowej przemocy wyrażanej wiązką różnorakich przekleństw, it’s quite not his tempo. Ale jego rejon – pomieszczenie z fortepianem – unaocznia, że muzyk też jest zdolny do bezlitosnego, nieczułego traktowania innych, swoich uczniów. Jego pogarda przyjmuje co prawda znacznie subtelniejszą formę, ale wcale nie mniej szkodliwą.
![]() |
| Fot. Canal+ Polska. |
Jest też wiele strachów pod powierzchnią. Nie buzują jak magma, raczej krążą jak popiół smagany podmuchami wiatru. Mama Tymka i Jacka szybko znika z ekranu, bo ktoś musi zarabiać pieniądze, jakiekolwiek. Dawna miłość Tymka powraca z mamą z emigracji w momencie, gdy jej ojciec stracił pracę w Szwecji i rozpił się. Jeden ze stałych bywalców osiedlowej ekipy również przedstawia przykrą historię swoich rodziców. Pojawia się ona nie po to, by usprawiedliwić złe czyny, tylko by umożliwić przyjrzenie się człowiekowi bliżej i próbę jego zrozumienia. Damian Kocur konsekwentnie daje nam taką możliwość. Kochać wszystkich, nikogo nie oszczędzać.
Pozorne przeciwieństwa powracają również w konstrukcji kreślonej kamerą przestrzeni. Zawsze jest miło, gdy nie jest ona czarno-biała, ale bliskość prawdy w Chlebie i soli ujawnia coś mniej powszedniego: skala szarości nieustannie fluktuuje. Nakładanie etykietek jest bez sensu, każdy ma chwile lepszych i gorszych czynów, a świat muzyki poważnej funkcjonuje w tej samej przestrzeni co świat uliczny. Rozmowa o technicznej stronie kompozycji odbywa się nie przy partyturze, a na karuzeli. Młodzież może rapować tak do bitu z komórki, jak i do fortepianowej improwizacji. Można być w małym miasteczku przejazdem, jak Tymek, albo wsiąknąć w nie, jak Jacek. I można chcieć to zmienić, albo przynajmniej zawiesić pragnienia na pewien czas. Panta rhei.
Chleb i sól na zewnątrz nie jest ani rewolucją ani awangardą, a kolejnym precyzyjnie zaprojektowanym budynkiem stojącym na mocnych fundamentach. Różnica następuje we wnętrzu; zamiast rozpisywać życie i emocje jak partyturę, Damian Kocur otwarcie zaprasza je do środka i miesza z filmem. Obserwuje efekty z operatorem Tomaszem Woźniczką, a na końcu, wraz z montażystą Alanem Zejerem, nadaje im znaczenie i spójność. To nie jest ostatnie takie lato. Ale może dzięki niemu przemocy będzie mniej, a wspaniałych filmów – więcej. Szacun na dzielni.



Komentarze
Prześlij komentarz